Rzeczy o których dowiedziałem się dopiero po trzydziestce – cz. 1

Zamierzeniem niniejszej serii artykułów jest przelać na papier część myśli, które noszę w sobie od dłuższego czasu, jednak dopiero teraz jebła mnie wena żeby to wszystko przelać na papier. Z czasem wydam książkę, zresztą taki jest długofalowy plan, gdy tego materiału będzie dość, aby to wydać w oprawionej formie z jakimś czadowym obrazkiem na przedzie (który zapewnie wybierze za mnie jakiś redaktor ale i tak to ja będę musiał przywalić pod tym bohomazem okejkę).

Tak, więc z serii pierwszej rzeczy, o której dowiedziałem się dopiero po trzydziestce pierwszą z nich będzie umiejętność polegania na innych ludziach. Ot prosty przykład – kilka dni temu najechała na mnie baba. Po prostu oponą przycisnęła moje koło do podłoża. Po krótkiej wymianie uprzejmości oraz numerów telefonów (z których ja wziąłem tylko jej, no bo w sumie była to jedyna potrzebna wymiana telefonów, wszak jej auto nie ucierpiało w tym starciu), żeby dojechać do domu musiałem popuścić przedni hamulec. Koło po prostu mi się wygięło. Po dokuśtykaniu, bo jazdą tego nie nazwę, choć inna refleksja (przepraszam za liczne dygresje, będzie to liczna cecha charakterystyczna moich tekstów) zastanawialiście się kiedyś, jakich ludzi można spotkać na trasie dom-praca mieszkając na przedmieściach dużego miasta o 20 minut po 6 rano? Połowa z nich to właściciele psów, ćwiartka to biegozjeby (przyznam, również biegam, także pozdro sportowe świry) a tylko ćwiartka to ludzie który autentycznie gdzieś idą. 10 minut później już połowa z napotkanych ludzi gdzieś idzie, a 20 minut później to już 90%. Fascynujące jest to, jak podatny na czas jest to proces (czekam aż tematyka bieżących prac naukowych wyczerpie się tak dalece, aż ktoś naukowej użyje lupy zbada temat [i tak, lolrandomowe odniesienia do twórczości polskich bardów i nawiasy podwójne będą również liczną cechą charakterystyczną tychże publikacji]). Ale nie na ten temat dygresja. Najbardziej zawsze fascynują mnie ludzie z randoma. Ot na przykład na miejskim kąpielisku obtoczona murami jak zamkiem bojami, których miejsce referencyjne że tak powiem jest w wodzie, siedzi sobie kobiecina. O 6:20. 300 metrów dalej facet stoi zastygły z bezruchu, wzrok ma wbity w jakiś bliżej niezdefiniowany punkt na przeciwległym brzegu rzeki. Myślę sobie – OK, na pewno jakaś myśl go tutaj przywlokła i mi nie pozostaje nic innego, jak tylko uszanować jego decyzję. Koniec dygresji. Pod firmą zaczekałem na mojego ojca (pracujemy w tym samym budynku, dłuższa historia na inny artykuł) szybka diagnoza i “oj synek z tym sobie sami nie poradzimy, jedziemy na serwis”. Pojechaliśmy na ten serwis i zostaliśmy niezwykle ciepło przyjęci, koło prostował nam sam Lary Zębatka, skasowali jakieś grosze i pojechaliśmy. Koło przykręcone, błotnik lekko przekrzywiony i rower śmiga jak funkiel nówka. Ja zadowolony, bo rower teraz śmiga jak lux torpeda a i fakt, że naprawy dokonywał serwis dysponujący w tym celu stosowną centrownicą (narzędziem do tzw. centrowania koła, czyli procesu kręcenia tymi wszystkimi imbusami tak, aby to miało sens).

I wtedy coś mnie uderzyło. Coś, co stało się inspiracją tej serii artykułów. Zastanawialiście kiedyś, jaki rozmiar mają imbusy do szprych rowerowych? Są to imbusy rozmiaru 3. Trójek nie mają nawet w Castoramie, są one dostępne tylko w sklepach rowerowych, więc wizyta w sklepie/serwisie (nie wiem jak to nazwać, bo najczęściej punkty te świadczą oba te rodzaje usług). Wyobraźcie sobie mnie teraz, zapłakaną bidę, która jedyne co umie to nauki teoretyczne (napiszę kiedyś o tym w jednym z kolejnych artykułów z tej serii) i pisać szybko na klawiaturze, z kluczem imbusem rozmiaru trzeciego centrującego sobie koło. No śmiech po prostu na sali puste krzesła.

Tak naprawdę to polegania na innych ludziach nauczyłem się prowadząc swoją firmę. Wiem już teraz, że bezpiecznie możemy powierzać swoje zadania współpracownikom (czy tam w moim przypadku podwładnym) i jeśli wykonają oni te zadania w przynajmniej 70% tak dobrze, jak zrobilibyśmy to sami, to jest to ciągle wystarczająco dobra wartość. Pojęcie wystarczająco dobrej wartości zapamiętaj sobie czytelniku, gdyż będzie to myśl przewijająca się przez tę serię artykułów. Teraz mój kierownik produkcji (ja jestem CTO, gość ma pod sobie jeszcze innego typa) w mojej spółce tak naprawdę odbiera telefony od klientów, obsługuje helpdesk, w międzyczasie odkurwia teraz naprawdę niezłe mecyje w React Native, jeździ ludziom podłączać BMS-y i ogólnie naprawdę jest bijącym sercem tej firmy. Bez niego ta firma po prostu nie istnieje. Gość może ode mnie żądać w tym momencie absurdalnej wręcz podwyżki (która oczywiście nie wykolei zupełnie finansów i innych budżetów tej firmy, która jest wspólnym wózkiem na którym od wielu lat jedziemy razem) i ja się na to zgodzę (BTW mam nadzieję, że tego nie czyta). Zresztą zawsze miałem go za rozsądną osobę, tak wiem że nawet uzbrojony w tę wiedzę tego nie zrobi, zwłaszcza że w sierpniu (rok mamy 2022 w tym momencie) szykuje mu się spora podwyżka, bo przeskakuje z 3/4 etatu na cały etat. Zresztą też umówmy się że nierynkowych stawek on u mnie bynajmniej nie ma. Zresztą przyznał mi się, że jeśli potrzebuję go do kucowania to on po ośmiu godzinach programowania dziennie nie wie, jak się nazywa. W pełni rozumiem i szanuję to podejście, bo rozumiem że nie dla wszystkich ludzi programowanie jest po prostu jedną z pasji i potrafią to robić po 12 godzin dziennie tak jak ja, tylko nagle okazało się, że oprócz kucowania (tj. programowania) on musi ogarniać jeszcze kilka innych zadań, takich jak pakowanie paczek do klienta, odebranie telefonu czy odpisanie na okazjonalną zbłąkaną duszę, która dostała adres e-mail na nasz helpdesk. Nagle okazało się że cały etat jest nie tylko pożądany, ale wręcz możliwy.

Pragnę również przywołać przykłady, w których to ja działam jako proteza różnych rzeczy, albo instytucji. Chociażby pracując jako biegły sądowy przy Sądzie Okręgowym w Rzeszowie dość często funkcjonuję jako proteza Policji i różnych prokuratur. Średnio raz na dwa dni odbieram telefon z kierunkowym 47 (ten numer to kłopoty), w którym młodszy czy to starszy aspirant ma problemy ze zgraniem logów z jakiegoś odblokowanego już telefonu lub laptopa. Z odblokowywaniem zablokowanych sprzętów dałem sobie już spokój, uważając sprawę za z góry technicznie przegraną (Google i Apple po prostu odrobiły za dobrze zadanie domowe). Zresztą nie wiem, czy wiecie, że na stary Android miał trywialnego buga zabezpieczeń, polegającego na sytuacji w której ktoś usiłował podać hasło składające się z ponad miliona znaków (co da się osiągnąć metodą Kopiego-Pasty w 10 krokach, 2 do potęgi 10 przypominam nieco powyżej 1 miliona). Ale dość z żartowaniem sobie z języków. Za jakieś 10 godzin pracy rzucam cenę, która przez innych biegłych mogłaby być uznana za wręcz dumpingową i za czyn nieuczciwej konkurencji (tj. gdybyśmy prowadzili działalności gospodarcze jak najbardziej mógłbym być z tego artykułu ścigany, ale ponieważ nie jest to działalność gospodarcza to cmoknijcie mnie w pompkę) – mianowicie nie więcej niż 400 zł, w zależności od złożoności zadania. Wiem że w sprawach cywilnych płaci całość kwoty strona przegrywająca proces, tak więc w takich sytuacjach nie widzę powodów, żeby się szczególnie ograniczać, o tyle w kwestiach śledztw w sprawie i postępowań karnych opłaty najczęściej poniesie budżet Państwa i on już tych pieniędzy nie zobaczy z powrotem. Teraz możecie zadać sobie pytanie, WTF Maślanka, Państwo doi nas wszystkich a Ty chcesz mu oszczędzić kosztów. Potraktujcie to jako taki mój wyraz lokalnego, małego patriotyzmu i być może i jako oznakę zwyczajnej głupoty i braku dojrzałości społecznej. Mimo bycia po trzydziestce chcę w jakiś sposób wierzyć w to że mamy wydajne państwo w którym Policja skutecznie ściga złych przestępców. Z resztą z innych zagadnień bycia biegłym – wyjazdy na realizację. Oj, o tym mógłbym gadać godzinami. Chociażby podam tutaj przykład konieczności wyjazdu na jakąś pipidówę pod Łańcuctem w celu zatrzymania i zabezpieczenia materiałów dowodowych po jakimś spawaczu czy innym ślusarzu, który stwierdził że on umie trochę w fotoszopa, tak więc dorobi na boku podrabiając ludziom różne dokumenty, zaświadczenia o niekaralności, potwierdzenia przelewów. Pomijam fakt, że nie miał zaprzyjaźnionego hackera, pracownika urzędu lub banku (do których dostęp aby w dzisiejszym świecie, gdzie jesteśmy pilnowani pod bacznym okiem cyfrowego władcy, jest umówmy się absolutnie wymagany, jeśli chcecie się zabierać za oszustwa jakiegokolwiek sortu). Tak więc nie pomyślała sobie chłopina, że prędzej czy później ktoś go wklika w komputer, sprawdzi że rzeczy nie mają się tak jak stwierdza dokument i zawiadomi organy ścigana. Ponieważ tajemnicą poliszynela jest fakt, że liczbę policjantów-informatyków na województwo Podkarpackie można policzyć na palcach ręki drwala Policja musiała się tutaj posłużyć mną jako protezą swoich lokalnych sił, gdyż wywiad wytypował dwie możliwe lokalizacje w których nasz podejrzany się może ukrywać. Dodam tylko fakt, że jedna z ekip zapukawszy do drzwi o 7:00 rano zastała zaspanych rodziców podejrzanego, którzy stwierdzili że rzeczony osobnik nie mieszka pod tym adresem już 7 lat. Tyle z skuteczności naszego wywiadu policyjnego. Ale nie sam fakt realizacji był upierdliwy – ustawy są dość precyzyjnie opisane i nie miałem samego problemu z udokumentowaniem nieobecności u pracodawcy, bo oprócz faktu że tego dnia przepadło mi 500 zł dniówki (nieobecność spowodowana powołaniem biegłego jest niepłatna [przy okazji przegapiłem tego dnia szkolenie z multisporta i innych benefitów w moim korpo]), to jeszcze musiałem wstawać o 4 rano, żeby wyrobić się na 5:10 pod komendę, spod której to komendy zostałem zawieziony na komendę w Łańcucie, z której to o 6:20 ruszył korowód wesołych pojazdów. Nie wystawiłem im nawet za to rachunku – stwierdziłem że za 6 godzin mojej pracy wykłócanie się o 120 złotych jest po prostu nie warte późniejszego użerania się z różnymi urzędami. Poza tym zostając biegłym robiłem to bardziej z motywacji społecznej niż finansowej (która w tym momencie jest umówmy się wyłącznie symboliczna). Po prostu lubię pomagać ludziom, takie zboczenie charakteru i lubię widzieć uśmiech na ich twarzach, gdy rozwiązują swoje problemy (o czym będzie w innym artykule).

Funkcjonuję również dość skutecznie jako proteza naszego lokalnego NFZ. Będąc magistrem sztuk wszelakich na prawo i na lewo udzielam ludziom porad okołomedycznych, konsultując im różne rzeczy, począwszy od siniaków i stłuczeń (z którymi dużo lepiej ludziska udajcie się do swojego lekarza rodzinnego, bo tragicznie się je diagnozuje przez Internet) skończywszy na problemach neurologicznych i endokrynologicznych (co jest zwłaszcza cenne w dobie braku deficytu zarówno tych wcześniejszych jak i tych późniejszych), które to problemy dużo wdzięczniej diagnozuje się, gdy masz przed oczami wyniki badań krwi i zeznania pacjenta, ewentualnie płytkę z jego rezonansem i opisem do tegoż rezonansu (którego rozczytywania nauczyłem się de facto po tym jak stwierdziłem że ja pierdzielę czekać na neurologa ponownie 6 miesięcy i sam się nauczyłem tych wszystkich FLAIR-ów [swoją drogą wszelaka wiedza dostępna kiedykolwiek ludzkości jest teraz dostępna na Internecie, nie uważasz więc czytelniku, że więcej czasu powinieneś poświęcić na uczenie się nowych rzeczy, zamiast oglądaniu śmiesznych kotów na Internecie?], po czym dokonałem autodiagnozy, przepisałem sobie leki i zgadnijcie co? Pomogło. Lekarzu wylecz się sam w najlepszej odsłonie). Lata zjebanych kontaktów międzyludzkich, w których przynajmniej nie pomagało moje wczesne i późniejsze wychowanie, przyzwyczaiły mnie do tego, że jedyną osobą, która może mi pomóc jestem ja sam. W pewnym sensie jest to prawda, teraz jak już rozumiem że muszę polegać na innych ludziach jako na protezach własnych umiejętności (nie zatracając przy tym umiejętności postrzegania ich jako ludzi – ale o tym w osobnym artykule). Ale wracając do meritum. Później wykupienie odpowiednich leków przez portale typu receptomat jest sprawą prostą, terapia pomaga albo nie pomaga i pacjent wraca lub nie wraca i szczęśliwie idzie dalej pokonywać swoje zadania w życiu. Przy czym nie zamierzam się kreować na kogoś kim nie jestem – śmiało przyznaję się, że dana sprawa jego poza moim rozeznaniem, kiedy tak jest, i śmiało przyznaję się do swojej niekompetencji i mówię kiedy trzeba się z daną sprawą faktycznie umówić do endokrynologa czy innego neurologa (2+ miesiące na NFZ), bo nie mam najmniejszego pojęcia, co dolega mojemu pacjentowi. Bardzo pomaga mi w tym momencie fakt, że dokładnie wiem, jakiej wiedzy potrzebuję w tym momencie, a którą mogę w tle wyguglować, trzymając ją niejako w chmurze o czym napiszę jeszcze kiedyś artykuł. Zresztą udzielając takiej porady czuję się w pełni związany zasadami tajemnicy lekarskiej, tak więc choćby i bok mi przypiekali nie wygadam się jakie mieliście wyniki leukocytów we krwi (no może trochę przesadzam). Sami przyznajcie – poczulibyście się, jakbyście trafili do konowała, gdyby lekarz przy was powiedział “proszę chwilę poczekać, dzwoniło mi ale nie wiem dokładnie w którym kościele”, wyciągnął przy Was jakieś opasłe tomiszcze i zaczął je z uwagą studiować. A ja zaprawdę powiadam Wam, że trafiliście wtedy do pierwszego z równych sobie. Oto bowiem lekarz, który przyznaje się do siebie że nie jest w stanie trzymać w głowie wszystkiego, co działa nie tak w ludzkim ciele i jest w stanie przyznać się przed samym sobą, że sprawa przekracza jego wiedzę, którą ma w głowie, ale która łatwo dostępna jest w książce, co jest zwłaszcza istotne w przypadku lekarzy genetyków, w których liczba chorób przekracza ludzkie pojęcie, rzeczy bowiem które nie tak mogą pójść w przypadku maszyny tak skomplikowanej, jak człowiek, przekracza ludzkie pojęcie i nie odważę się jej tutaj wyrazić nawet liczbą. Taki lekarz wie, jaką wiedzę trzymać w głowie, a jaką w chmurze. Jest jak baza danych, która ma pewne indeksy w pamięci podręcznej (“na biurku”) i dane trzyma w chmurze (“w biblioteczce”).

Tym z Was bez wykształcenia informatycznego śpieszę wytłumaczyć czym jest indeks. Otóż wyobraźcie sobie bibliotekę, gdzie wszystkie tytuły są poukładane alfabetycznie. Wtedy owszem, możecie szybko znaleźć w takiej bibliotece książkę chociażby Rok 1984 George’a Orwella, nie mniej jednak zapytanie o wszystkie dzieła autorstwa George’a Orwella przerosłaby was zupełnie. Musielibyście w tej sytuacji przeprowadzić coś co informatycy nazywają liniowym skanem po tabeli, czyli po ludzku ręcznym przejrzeniu każdej książki i sprawdzeniu czy jej autorem nie jest bynajmniej pan Orwell. To jest niedobra sytuacja, gdyż w sytuacji gdy zbiory danych osiągają rozmiary terabajtów nie możemy sobie zwyczajnie pozwolić na tego typu operacje. Musimy sobie skonstruować indeks (chociażby i był o papierowy), czyli listę autorów, zawierających wszystkich autorów ułożonych alfabetycznie zawierających w pozycji odpowiadającej danemu autorowi cały wykaz książek danego autora. Listę taką, nazywamy indeksem.

Tak więc lekcja na dziś i jedna z rzeczy o których dowiedziałem się dopiero po trzydziestce, a ściślej zdałem sobie z nich sprawę: nie boimy się polegać na innych ludziach, choćby i byli oni o 30% gorsi niż my w analogicznych zadaniach. Nie boimy się również udostępniać innym swoich usług (przy czym wyliczamy tutaj słuszny limit między bliskością relacji i ceną usługi, bardziej skomplikowane przypadki konsultuję wyłącznie bliskim przyjaciołom, a sytuacje w których diagnoza jest oczywista – również licznym rzeszom randomków z neta). Rozeznajemy też braki we własnych umiejętnościach i aparatach pojęciowych by skonsultować się ze specjalistą, dla którego ułamek czasu zajmie naprawienie naszego problemu, w porównaniu do czasu który zeszłoby nam na opanowaniu umiejętności, która ma nam pomóc w usprawnieniu swojego losu.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *